
poniedziałek, 30 marca 2015
Malapascua Island
Promocję lotniczą trafiliśmy idealną – za jednym razem udało się choć w małym stopniu zobaczyć dwa miejsca, między którymi wahaliśmy się około pół roku – Tajlandię i Filipiny. Po prawie 20 godzinach w podróży (samolot, samolot, taksówka, autobus, łódka, katamaran) dotarliśmy na rajską wyspę. Nie jest tajemnicą, że nurkowanie było głównym punktem w całej naszej podróży – także i tu trafiliśmy nie bez powodu. Mi, co prawda, nie udało się zrobić kursu, ale mój mąż widział rekiny kosogonowate. Coś niesamowitego! I mimo, że życie podwodne było troszkę uboższe niż w okolicach Koh Tao to jednak przejrzystość wody dorównywała Karaibom. Samochodów tu nie uświadczycie, jedynie motory, ale wysepka była tak mała, że w zasadzie głównym środkiem lokomocji były nasze własne nogi. Wciąż widać tu jeszcze skutki tajfunu Haiyan, który uderzył w wyspę w listopadzie 2013 r. Jednak najbardziej nieprzyjemnym, ale otwierającym oczy i umysł wydarzeniem były walki kogutów – brutalne w swojej prostocie, ale niestety głęboko zakorzenione w kulturze Filipińczyków.


Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)











Brak komentarzy:
Prześlij komentarz